| 48h krioterapii ekstremalnej |
|
Takie to krzepiące informacje docieraly do nas przed startem Timex Rajdu Zimowego 360°. Prognozy długoterminowe dla Polski i Roztocza owszem widzieliśmy, ale traktowaliśmy je z niedowierzaniem i nadzieją, że jak zwykle się nie sprawdzą. Kilkunastostopniowe mrozy nigdy nie trwają tak długo. I rzeczywi ście życie je zweryfikowało… Było dużo zimniej - w krytycznym momencie w nocy z piątku na sobotę -29 stopni.
Zamość by night Godzina 22.00, Rynek Wielki „Perły Renesansu”. Ostatni spacerowicze już dawno grzeją się w domach, a my się fotografujemy i słuchamy okolicznościowych przemówień. Dowiadujemy się o rezygnacji zespołu z Ukrainy. Z powodu zimna. Jest -17 stopni - jak dobrze, że od kobiet nie wymaga się tu kreacji z odkrytymi plecami i dużym dekoltem.
Już po paru kilometrach widać, że nie będzie łatwo. Większość dróg pokryta lodem. Na szczęście mamy opony z kolcami, ale trzeba bardzo uważać. Im dłużej jedziemy, tym robi się zimniej. Zmieniamy rękawiczki na coraz grubsze. Na szczęście kupione parę dni przed rajdem łapawice, przeznaczone na wyprawy w Himalaje, sprawdzają się. Za to powoli tracimy czucie w nogach, mimo zimowych butów spd, neoprenowych ochraniaczy i ogrzewaczy chemicznych.
Zimno Jedziemy rowerem z górki. Nie za szybko, zaledwie 30 km/h. Przy tej temperaturze czynnik chłodzący dodany do temperatury powietrza daje nawet -50 stopni. Taka temperatura jest nieludzka. Do -15 można negocjować. Grube rękawice, skarpety , porządne buty – działają. Poniżej nie działa nic. Na rowerze nie ma wiele możliwości, żeby się ogrzać. Przyspieszysz – pęd powietrza ochładza coraz bardziej. Zwolnisz – to najprostsza droga do zamarznięcia. Jedyna metoda na uniknięcie odmrożeń to zejście z roweru i podbieganie, gdy tracisz już czucie w palcach, a sądzisz, że mogą ci się jeszcze do czegoś w życiu przydać.
Woda w bukłaku i w szczególności ustnik zamarzają. Żele energetyczne zamarzają. Batony zamieniają się w beton i można na nich połamać zęby. Folia chroniąca mapnik pęka na pół. Ogrzewacze chemiczne nie grzeją. Nawet krem chroniący przed mrozem zamarza. Cała nasza zachodnia cywilizacja i wszystkie „ekstremalne” patenty poddają się w nierównej walce z temperaturą.
Jak się czuliśmy? Wyobraźcie sobie gigantyczną zamrażarkę, obniżcie w niej temperaturę jeszcze o 10 stopni, a następnie włączcie wentylator i dmuchajcie sobie tym zimnem w twarz. I tak przez dwie doby. Mimo bezbłędnej nawigacji przed ostatnim punktem kontrolnym na odcinku rowerowym okazuje się, że nie mieścimy się w limicie czasu. Postanawiamy więc opuścić ten punkt i jechać prosto na przepak. Nie tylko my mamy z tym problem. Gdyby organizator nie anulował tych limitów, to rajdu nie ukończyłby nikt.
Czworo narciarzy i pies Na przepak w Tomaszowie Lubelskim docieramy przemarznięci do szpiku kości (i naprawdę rozumiem teraz co to znaczy…), ale ogrzani i pokrzepieni ciepłą herbatą ruszamy na pierwszy odcinek narciarski. Razem z nami rusza miejscowy pies. Nadal jest zimno, ale nie tak jak na rowerze. Punkty nie są wcale łatwe do znalezienia, ale udaje się namierzyć wszystkie. „Nasz” pies przyłącza się do Czechów, którzy wyprzedzają nas z szybkością Justyny Kowalczyk. Pod koniec etapu narciarskiego zastaje nas przepiękny, mroźny brzask. Pies wraca do nas, widocznie nie potrafił się dogadać po czesku.
Teraz znowu trzeba wsiąść na rower, na co nie mamy najmniejszej ochoty. Postanawiamy więc jechać najkrótszą drogą na kolejny przepak. Na szczęście wychodzi słońce, jest „tylko” jakieś -17. Zatrzymujemy się na chwilę przy starym parku i wystawiamy twarze do słońca. Normalnie plaża. Dwie sarenki spoglądają na nas z oddali.
Do starej wiejskiej szkoły w Sołotwinie docieramy koło południa i wkrótce wychodzimy na nieco skrócony treking. Pierwszy punkt to Świątynia Słońca – naprawdę mamy mu za co dziś dziękować. Jednak słońce stopniowo się obniża, temperatura też, ale staramy się biec jak najczęściej i w ten sposób się rozgrzewać. Większość leśnych dróg jest przetartych i biegnie się po nich w miarę łatwo. Jedynie ostatni odcinek to przecieranie trasy po zasypanych śniegiem polach.
Szkolne leżakowanie Późnym wieczorem docieramy z powrotem do szkoły. Brązowy kaflowy piec, gorący tak że można się poparzyć, jest szczelnie obłożony różnymi częściami garderoby. Pokrzepiamy się wspaniałym domowym żurkiem i debatujemy co dalej. Albo ruszamy na 124-km odcinek rowerowy przy prawie 30-stopniowym mrozie, ryzykując odmrożenia, albo czekamy aż „upał zelżeje”. W końcu rozsądek i doświadczenie zawodowe dwóch lekarzy (a także widok Magdy Łączak, która po trekingu trzęsie się tak, że ma kłopoty z trafieniem całkiem sporą kromką chleba do ust), przeważają szalę. Zostajemy do wczesnych godzin rannych. Około 4:30 wychodzimy. Jest „jedynie”-24. Wszystko skrzy się w światłach czołówek, a nad ziemią unosi się rodzaj delikatnej mgiełki, który o świcie pokryje nas szadzią.
Wiejskie klimaty Aby do brzasku… Dnieje, ale wcale nie robi się cieplej. Mijamy wioski skąpane w różu poranka. Chałupy wyglądają jak parostatki skute lodem – z kominów wysoko w górę unosi się biały dym. Ogrzewamy się przy piecu w wiejskim sklepie. Wchodzę tam w swoich goglach narciarskich i w neoprenowej masce na twarzy – sklepowa pewnie w pierwszej chwili pomyślała, że to napad. Miejscowi patrzą na nas jak na kosmitów, ale świeżutkie pączki podbudowują psychikę. W końcu na dobre wychodzi słońce. Jest pewna szansa, że unikniemy odmrożeń. Nadal jest zimno, ale da się przeżyć. Około południa docieramy wreszcie do kolejnego przepaku, umieszczonego w małym domku letniskowym z kominkiem. Jak pięknie grzeje!
Teraz biegiem na przepak i znowu wskakujemy na rowery. Tym razem to tylko 12km, prosto na kolejną strefę zmian w Szewni Dolnej. Dojeżdżamy tam jeszcze przed zapadnięciem zmroku, tak że nie zdążymy zmarznąć. Drożdżówka i kolejny etap na biegówkach. Bardzo fajnie mi się jeździ na tych nartach, jest całkiem sporo śniegu, ciekawy teren. Zaliczamy wszystkie punkty i po ok. 2,5 godz. jesteśmy z powrotem w remizie. Teraz już tylko ostatnie 19km rowerem do Zamościa. Mijamy grupki zmarzniętej młodzieży, a najczęstszym komentarzem jest coś w stylu: „k****, chyba was ********!”
Twierdza Zamość zdobyta!
Teraz już tylko ostatnie kilometry po mieście do bazy i meta, o której marzyliśmy od czwartku… Pokonanie ok. 350-kilometrowej trasy zajęło nam ponad 2 doby – 49 godzin i 30 minut. Ale nie długość tego wysiłku była największym wyzwaniem. Najgorszy był mróz - na Roztoczu wyszliśmy poza skalę termometru. Gdyby trafiła się jakaś chłodnia na trasie, chętnie wpadlibyśmy się ogrzać. Dobrze, że nadal mamy po 10 palców u rąk i nóg. A brązowy czubek nosa wkrótce odzyska właściwy kolor. Przynajmniej mam taką nadzieję…
Zdjęcia: Silne Studio oraz nieznany nam bliżej z nazwiska support zespołu rosyjskiego.
Zespół: Maciej Bazała, Tomasz Mikulski, Krzysztof Przyłucki, Natalia Sadowska IV miejsce na trasie długiej
|

Rzym sparaliżowany po opadach śniegu. W Serbii i Czarnogórze 100 tysięcy mieszkańców odciętych od świata. Kąpiel morsów w Ełku odwołana z powodu zimna. 120 ofiar mrozu w Rosji.